Angelika Chrapkiewicz-Gądek: Trzeba mieć odwagę

Angelika ma rdzeniowy zanik mięśni, na co dzień porusza się na wózku, ale wszelkie stereotypy, które przychodzą na myśl po tych informacjach, jej nie dotyczą. Jako pierwsza osoba poruszająca się na wózku zdobyła Rysy - najwyższy szczyt Polski (2499 m n.p.m.), w 2017 r. Mnicha (2068 m n.p.m.) i jako pierwsza osoba na świecie z taką niepełnosprawnością dotarła na wysokość 5200 m n.p.m. Jest autorką książki „Zdobądź swój szczyt”. Daje innym nadzieję i zachęca do dążenia do niemożliwego, niezależnie od okoliczności.

Wejście na Rysy, Mnicha czy Kilimandżaro nie należy do najłatwiejszych nawet dla w pełni zdrowego człowieka. Ty tego dokonałaś.

Reklama

Angelika Chrapkiewicz-Gądek: - To na pewno jest mój sukces, ale dokonałam tego z ekipą cudownych ludzi, którzy mnie wspierali.

Co czułaś będąc na szczycie?

- Niezależnie od tego, czy są to Rysy, Kilimandżaro czy Babia Góra, na szczycie czuję niesamowitą dumę z siebie i ekipy. Satysfakcję, z tego, że miałam siłę, że nie odpuściłam; z tego, że towarzyszyli mi wspaniali ludzie, że stworzyliśmy niesamowite relacje, że ten szczyt zdobyliśmy razem. To jest nieprawdopodobne uczucie. Tego nie da się opowiedzieć, trzeba coś takiego przeżyć, żeby zrozumieć. Na szczycie jest też niesamowita adrenalina. Nie ma tam na pewno miejsca na smutek. Jest wspaniale. Najlepsze uczucie pod słońcem. Po tej euforii dociera jednak myśl, że przecież trzeba jeszcze zejść z tego szczytu, a to często jest o wiele trudniejsze. Trzeba myśleć też o tym, żeby szczęśliwie zejść do bazy.

Do tego, żebyś zdobywała szczyty, potrzebna jest technologia, czyli sposób, w jaki dostaniesz się na górę, ale też mnóstwo odwagi. Twojej i ekipy.

- Tak, ale moją życiową zasadą jest: niemożliwe zmieniaj w możliwe. Szukaj rozwiązań, sposobów, by robić to, co chcesz, to, co czujesz, żeby znaleźć się w miejscu, w którym chcesz być. Wiele rzeczy, które wydają się niemożliwe, da się zrobić, tylko trzeba znaleźć jakieś rozwiązanie. W przypadku mojego wejścia na Rysy rozwiązaniem był plecak - to pomysł, który pojawił się przy zdobywaniu Kilimandżaro. A pojawił się on w sytuacji, kiedy popsuły się nam nosze alpejskie i musieliśmy znaleźć inne rozwiązanie, żeby dostać się na szczyt.

- Pytasz, czy chodzenie w góry wymaga ode mnie odwagi. Oczywiście. Żeby zdobywać takie szczyty, trzeba mieć odwagę, niezależnie od tego, czy się jest osobą pełnosprawną czy nie. Góry zawsze wymagają od nas odwagi. A odwaga ekipy? To coś niesamowitego!

- Wyprawy w góry, zdobycie szczytu ma dla mnie zupełnie inny wymiar niż dla większości zewnętrznych obserwatorów - to takie moje zwycięstwo ducha i ciała, i pięknych czystych wartości, które rodzą się między wszystkimi członkami ekipy.

- Marsz z chłopakami, odczuwanie ich każdego oddechu, odgłos bijącego serca, koncentracja na wspólnej pracy, wrzynające się nosidło w uda, ból w całym ciele, to duża próba charakteru dla obydwu stron. Dostaję ogromne wsparcie od partnerów wspinaczkowych, ale wiem, że również daje im coś ważnego. Z gór zawsze wracam ze zdwojoną energią do wszelkich działań.


 Jak długo zdobywałaś Rysy i Mnicha?

- Rysy 15 godzin, Mnicha 10. Wchodzenie i schodzenie. Mniej więcej co 10 minut chłopaki z ekipy zmieniają się w niesieniu mnie. Co 4-5 zmian ja też muszę zmienić pozycję ciała, oprzeć się na chwilę, bo kręgosłup nie daje rady. To jest ogromny wysiłek dla organizmu. Nie pytaj, czy to jest dla mnie dobre medycznie.

- Kiedy czytam komentarze, że przecież ja nic w tych górach nie robię, to chciałabym zaproponować takiej osobie, żeby przez 15 godzin zajęła moje miejsce i utrzymywała się w takiej pozycji, wtedy zobaczy, czy ja tam naprawdę nic nie robię... Jest to też ogromny wysiłek psychiczny. Idąc w góry, mam świadomość, że możemy nie zdobyć szczytu, bo ja mogę nie mieć siły, ekipa może nie mieć siły. Czasem trzeba powiedzieć stop, bo nie da się w tym momencie tego zrobić, ale to nie znaczy, że nie można tam wrócić, spróbować innym razem. Szykuję się teraz na kolejny szczyt w czerwcu lub lipcu. Nie chcę jeszcze mówić na jaki, ale będzie on bardzo wymagający. Układam sobie teraz to w głowie, robię wszystko, żeby tam wyjść, ale przecież może być różnie. Góry to ogromna próba charakteru. Tam liczy się spokój, cierpliwość i pokora na zmieniające się warunki pogodowe. Człowiek nabiera ogromnego dystansu do wszystkiego, co dzieje się "na dole" i niejednokrotnie musi spojrzeć strachowi w oczy, zwłaszcza w mojej sytuacji. Zostawione problemy stają się bardzo małe, gdy tam toczy się ostra walka. To te elementy, które związały mnie z górami: spokój, cierpliwość, nabranie dystansu, zmierzenie się z samym sobą. Dlatego chcę tam wrócić, choć logistycznie jest ogromne przedsięwzięcie.

Jak długo przygotowujesz się do takiej wyprawy i jak to wygląda?

- W przeciągu ostatnich dwóch lat zdobyłam Mnicha i Rysy. Za każdym razem to przygotowanie trwało minimum pół roku. Przez wiele godzin muszę utrzymać ciało w określonej pozycji, muszę się bardzo mocno trzymać, bo gdybym była wiotka wejście byłoby o wiele trudniejsze. Gdy wiem, że idziemy w góry, pół roku wcześniej razem z trenerem skupiamy się na górnych mięśniach, gdyż wiem, że będą one w ciągłym napięciu. To seria morderczych treningów. Kilka razy w tygodniu. Do ćwiczeń dokładam również dietę, aby być lekką dla moich przyjaciół i dla siebie.

- Przed wejściem na Rysy miałam dodatkowe wyzwanie, bo ważyłam troszkę więcej. Podjęłam wówczas decyzję, żeby schudnąć 10 kilogramów. Była więc ścisła dieta, bardzo duża konsekwencja i determinacja do tego, żeby nie podjadać, zmienić nawyki żywieniowe. To trwało osiem miesięcy. Teraz celowo już utrzymuję tę wagę i złoszczę się, kiedy ktoś mi mówi, że jestem chuda. Nie chodzi tylko o góry, to mi po prostu ułatwia życie. Łatwiej mi się przenosić na łóżko, do samochodu. Była to ciężka praca, z której jestem dumna!

- Kluczowym elementem jest również zebranie ekipy. Numerem jeden stanowi dla mnie ich doświadczenie w górach. Doskonała znajomość technik wspinaczki i zabezpieczeń. Ważna jest również odpowiedzialność i profesjonalizm.

A jak reagują bliscy na plany zdobycia kolejnego szczytu?

- Cieszą się. Moi bliscy są super! Mój tato kocha góry i to on zaraził mnie miłością do nich. On mnie wspiera, ufa mi. Oczywiście, wie, że to jest niebezpieczne, ale co tak naprawdę jest bezpieczne...? Mojej mamy już nie ma z nami, ale wiem i czuję, że patrzy na mnie, uśmiecha się i jest dumna, że walczę o swoje marzenia. Miałam cudownych rodziców, którzy nie trzymali mnie pod kloszem, zawsze wspierali mnie w pomysłach, pozwalali mi rozbić kolano, bo to jest życie, czegoś to uczy. Gdyby nie pozwalali mi na te różne rzeczy, to na pewno dziś byłabym inną osobą. Nie miałabym tyle odwagi. Mój mąż również bardzo mnie wspiera. Moi bliscy boją się o mnie, ale też mi ufają. Wiedzą, że wiem, kiedy pora, by się zatrzymać, wycofać.

Pokazujesz, że nie ma barier, że one właściwie istnieją tylko w naszych głowach. Chodzisz w góry, nurkujesz, podróżujesz. Mówisz, że marzenia się nie spełniają, że marzenia się spełnia. Miewasz w ogóle chwile zwątpienia?

- Oczywiście. Na przykład taki wyjazd jak dziś - pociągiem z Krakowa do Poznania - jest dla mnie wyzwaniem. Opóźnienie pociągu, śnieg, zapadające się koła, zmarznięte ciało - myślę sobie, że nie mam już siły, a jeszcze muszę się przebić przez miasto, dotrzeć do hotelu. Sama. Jestem głodna i zmęczona. Wyczerpana, pełna zwątpienia. Ale takie chwile są naturalne. Każdy je ma.

Co Cię motywuje?

- Przede wszystkim motywuje mnie mój "zaniczek" - tak określam moją chorobę. Może to brutalnie zabrzmi, ale takie mam podejście. Motywuje mnie to, że ona postępuje. Nie wiem, czy za rok albo dwa będę miała tyle siły, co teraz. Nie wiem, czy wchodząc na szczyt utrzymam się w plecaku. Z takiego punktu widzenia choroba jest moim motorem napędowym. Kiedy tracę motywację, pojawia się myśl, że jeśli nie zrobię tego teraz, to nie wiadomo, czy w ogóle będę mogła kiedykolwiek jeszcze to zrobić. Uprzedzając pytania - dla mnie takie myślenie nie jest smutne. Trzeba działać szybko. To Jakub Bączek (trener mentalny olimpijczyków - przyp.) mówi, że marzenia się nie spełniają, marzenie się spełnia. Ja się pod tym podpisuję. Trzeba wykonać jakąś pracę, zapłacić jakąś cenę - i nie mówię tu o pieniądzach - mówię o czasie, zaangażowaniu, determinacji. Jak się czegoś chce naprawdę, to trzeba działać. Być może się to nie spełni w ciągu roku, tylko za pięć lat, ale jeśli nie podejmiemy decyzji, że chcemy to zrobić, będziemy patrzeć w niebo i czekać aż się samo spełni, to raczej nic z tego nie będzie. Czasami oczywiście zdarzają się w życiu takie sytuacje, gdy kogoś spotykamy i coś się dzieje w związku z tym dobrego niejako samo, aczkolwiek znowu pojawia się pytanie, czy sięgniemy po to, czy skorzystamy z tej szansy? Zawsze byłam żądna wyzwań. Te, które już osiągnęłam, powodują, że mam więcej siły na kolejne. Kiedy jestem teraz przed moją nowa górą, to przypominam sobie ostatnią górę - Mnicha. To mi dodaje siły i motywuje do walki.

- Motywuje mnie to, jak mój mąż patrzy na mnie oczyma zakochanego człowieka. To, że cały czas go zachwycam. Dla niego też nie chcę stać w miejscu. Jego wzrok, który mówi - jestem z ciebie dumny... To mnie bardzo nakręca. Jak ludzie się sobą zachwycają, to jest szansa, że związek będzie się rozwijał. Mówię to na końcu, ale tak naprawdę powinno być na początku.

Rozmawiamy o ekstremalnych przeżyciach, ale przecież codzienność też bywa wyzwaniem. A ty łamiesz stereotypy - jesteś piękną, samodzielną i pewną siebie kobietą. Zostałaś miss, nosisz szpilki.

- Ludzie, rozmawiając ze mną, skupiają się na szczytach, wiec bardzo się cieszę, że pytasz o to zwykłe życie. Wiadomo, moje życie jest inne, każdego dnia są w nim wyzwania. Jest dzień, kiedy wszystko jest dobrze, ale są też takie, kiedy - na przykład przesiadając się na łóżko -spadnę z wózka, bo źle odmierzyłam odległość albo jestem po prostu za słaba. Kiedy wyląduję na podłodze, te wszystkie rzeczy, które zrobiłam, zdobyte szczyty, nurkowanie, podróże, wybory miss przypominają mi, że powinnam próbować wstać. To jest dla mnie nie lada wyzwanie, bo takie podnoszenie się z podłogi trwa czasami półtorej godziny. Miałam taką sytuację, że się poślizgnęłam i nie udało mi się przesiąść z wózka do auta, upadłam. W garażu nie mam zasięgu, nie mogłam więc wezwać pomocy, a nie mam aż tyle sił, żeby się tak wysoko podciągnąć. Wzięłam koc i przez półtorej godziny czekałam aż któryś z sąsiadów wjedzie do garażu.

- Myślę, że wyzwania górskie i te dotyczące życia codziennego są porównywalne. "Ogarnięcie" całego dnia bywa wyzwaniem. Zwykłe rzeczy zajmują mi dużo więcej czasu niż w pełni sprawnym osobom. Nie mogę na przykład rozmawiać z tobą idąc ulicą, bo muszę używać rąk. Mogę się przełączyć na słuchawki, ale muszę też cały czas patrzeć w dół pod koła, mieć pełną koncentrację, bo chodniki są bardzo różne. Jestem cały czas skupiona na tym, że się przemieszczam. Po całym dniu tych zwykłych czynności czasami po prostu padam. To są wyzwania.

- Zwróciłaś uwagę na szpilki. Ja przecież przede wszystkim jestem kobietą, dopiero potem podróżniczką, która zdobywa szczyty. Na końcu jestem osobą z niepełnosprawnością.

Tym jak wyglądasz, również przełamujesz stereotypy dotyczące osób z niepełnosprawnością.

- Lubię ładnie wyglądać. Lubię się podobać. Oczywiście, przede wszystkim sobie. Kiedyś było tak, że ludzie na mnie patrzyli, czasem komentowali w bardzo przykry sposób, dostałam sporo ciosów... Stwierdziłam, że jak już patrzą, to niech widzą atrakcyjną, zadowoloną dziewczynę. Chciałabym bardzo, żeby osoby z niepełnosprawnością szły w tym kierunku - dbania o siebie, uśmiechu, energii. Mój wizerunek jest przecież taka samo ważny jak twój. Niczym się nie różnimy.

Jesteś wierząca?

- Tak, jestem wierząca, ale nie chodzę zbyt często do kościoła.

Czy wiara pomaga ci jakoś w życiu, daje siłę?

- Tak. Moi rodzice zawsze dbali o to, żebyśmy chodzili do kościoła, żebyśmy się modlili, mieli siłę płynącą nie tylko od nich. Był taki okres w moim życiu, kiedy musiałam moją chorobę zaakceptować. Ja normalnie chodziłam i musiałam się pogodzić nie tylko z tym, że będę na wózku, ale z tym, że choroba będzie postępowała, że będę miała coraz mniej sił. To było bardzo trudne. Bardzo mi wtedy pomogła wiara. Trzy lata temu odeszła moja mama i było to przeżycie, które mną wstrząsnęło. Jej serce się zatrzymało i wraz z nim na moment i moje. Wtedy też pomogła mi wiara.

Wspomniałaś o kolejnej górze, do której się przygotowujesz - wiem, nie zdradzisz, jaka. Może jednak powiesz o innych marzeniach?

- Chcę chodzić po górach, nie chcę z tego rezygnować. Jeśli nie będę miała siły, to będę chodzić po mniejszych górach. Marzę o tym, żeby podróżować, żeby poznawać świat i ludzi, uczyć się od nich, inspirować się, doświadczać życia. Nie mam takiego marzenia, żeby zastopować chorobę, ale chciałabym tę moją samodzielność jak najdłużej zachować. Robię wszystko, żeby tak się stało.

- Chciałabym podróżować, chodzić po górach, robić jakieś fantastyczne rzeczy z innymi ludźmi. To, że to wszystko robię, jest fajne, ale to, że mam obok siebie fantastycznych ludzi, którzy mają iskrę w oczach, jest cudowne. Marzę, żebyśmy to kontynuowali, żebyśmy mieli fajne relacje. Ja jestem dzięki temu szczęśliwa.

- Nie mam takich marzeń, żeby na przykład mieć dom nad morzem. Moim marzeniem jest teraz, żeby iść w góry, wystąpić na Kongresie Duchowo/Genialnie/Globalnie, zainspirować kolejne osoby do tego, by uwierzyły w siebie - to jest moja misja. Nie chodzi o to, że przecież mają zdrowe ręce i nogi, ale żeby wierzyli w siebie wewnętrznie. To jest moje marzenie: żeby było coraz więcej odważnych i silnych ludzi.

Zawsze taka byłaś?

- Tak. Takim pierwszym ważnym wyzwaniem, od którego wszystko się zaczęło, był pomysł pójścia na studia dzienne do Krakowa. Na turystykę. I zamieszkanie w akademiku. To nie była prosta sprawa. Mój tata, jak się dowiedział o tym pomyśle, tylko na mnie popatrzył i zapytał: "To kiedy masz egzamin? Pojadę z tobą". On wiedział o tym, że jestem dużą dziewczynką i muszę spróbować różnych rzeczy, ale też, że kiedy się oparzę, to szybko przybiegnę do rodziców, żeby mnie opatrywali. Oparzyć się, żeby się czegoś nauczyć. Od tamtego czasu po prostu spełniam swoje marzenia. Niektórych  nie da się spełnić od razu. Jeśli wymyślę sobie, żeby jechać z mężem do Peru, to wiem, że potrzebujemy na to 20 tys. zł. Nie zrealizujemy więc tego celu w tym roku, być może w przyszłym też nie, ale to marzenie ciągle jest. Pracuję po to, żeby je spełnić. Niektóre marzenia są odsunięte, ale to, że robimy kroki do nich, przybliża ich realizację.

Obca ci jest myśl - "tego się nie da zrobić"?

- Raczej myślę, jak to zrobić. Chociaż są sytuacje, w których rzeczywiście nic się nie da zrobić. Bardzo chciałam polatać w tunelu aerodynamicznym. Sprawdziłam możliwości i niestety nie jest to w moim zasięgu, ponieważ konieczne są silne mięśnie, które utrzymają ciało. Miałam twarde lądowanie, oczywiście, ale wymyśliłam inne marzenie - polatać paralotnią. Staram się więc szukać rozwiązań, a jak czegoś nie da się zrobić, znaleźć coś podobnego.

Rozmawiała Anna Piątkowska

Angelika Chrapkiewicz-Gądek będzie jedną z prelegentek Kongresu Duchowo/Genialnie/Globalnie. Szczegóły TUTAJ. Są jeszcze wolne miejsca. Dochód ze sprzedaży biletów jest przeznaczony na działalność Szlachetnej Paczki.

Reklama